Opublikowano 10/02/2009 o godz. 23:55, autor: Bartek
Dzień piąty i szósty (niedziela i poniedziałek)
Wstajemy o świcie. Na 7 rano jesteśmy umówieni z naszymi Saami na załadunek reniferów. Wyselekcjonowana grupka czeka w kwarantannie już od 2 tygodni. Robimy przegląd zwierząt i odbieramy dokumentację weterynaryjną.
Pojedzie z nami 20 sztuk zwierząt. Wszystkie są młodymi sztukami, część pochodzi w tegorocznej wiosny, a część to byczki pótoraroczne.

To nasze stadko tuż przed załadunkiem. Chyba jeszcze nie zdają sobie sprawy z tego, że w tym roku wiosna przyjdzie nadspodziewanie szybciej

Zwierzęta są spokojniejsze niż np. nasze daniele, jednak Saami nie budują dla nich żadnych specjalnych odłowni i poskromów. Chcąc złapać zwierzę do wykonania jakiegokolwiek zabiegu lub choćby sprawdzenia numeru kolczyka, używają lassa. Mają w tym ogromną wprawę.

Jeden rzut i bezbłędne trafienie. Renifer za chwilę będzie do dyspozycji właściciela.

Podczas prac (przed podróżą większości zwierząt trzeba było podać środek zapobiegający biegunce) stado potrafi się nieźle spłoszyć. Jednak nie ma takich sytuacji, w jakich nie poradziłby sobie doświadczony hodowca.

Już po załadunku. Stadko jest w przyczepie i za chwilę odjedzie na południe. Prawda, że są śliczne? Wielkie, widzące doskonale w ciemności oczy i włochaty pyszczek to wizytówka renifera.
Do przyczepy, w miejsca przeznaczone na poidła, wrzucamy duże, zbrylone kawały śniegu z lodem. Wystarczą reniferom jako typowe dla nich źródło wody do samego końca podróży. Do tego pełne zasobniki z sianem pozwolą im przetrwać podróż bez żadnego uszczerbku. Po sprawnym załatwieniu załadunku zostaliśmy jeszcze przed podróżą poczęstowani pożywnym rosołem z renifera. Gospodarze przygotowali nam termos kawy i kanapki z podpłomyków na drogę. Bardzo miło z ich strony.
Około 10.00 wyruszyliśmy na południe, w drogę powrotną. Pierwsze 800 kilometrów było ciękie, ciągle sypał śnieg. Później zrobiło się lepiej. Tym razem nie było noclegu w hotelu, bo nie było na to czasu. Prawie 1800 kilometrów pokonaliśmy praktycznie jednym tchem, w ciągu 26 godzin jazdy z drobnymi przerwami. W poniedziałek przed 13.00 wjeżdżamy na prom, który przewiezie nas na naszą stronę Bałtyku. Pośpiech jest wskazany, gdyż przepisy weterynaryjne dotyczące transportu zwierząt są bardzo rygorystyczne. Przy przekroczeniu 48 godzin w transporcie, zwierzęta należy bezwzględnie wyładować na 24 godziny w jednym z do tego przystosowanych “hoteli” dla zwierząt. Oczywiście wiąże się to z znacznymi kosztami i straconym czasem, a także z dodatkowym niemałym stresem dla zwierząt. Dlatego powrót jest zorganizowany w taki sposób, aby zminimalizować czas jego trwania.
Późnym wieczorem jesteśmy na miejscu. Rozstajemy się z resztą stada, która jedzie dalej. U nas tym razem zostaje jedynie kilka sztuk. Dadzą początek naszej hodowli.
Temperatura około zera stopni, jak dla reniferów to istna wiosna. Widzimy, że szybko zaczynają żuć nasze siano i sięgają do zasobników z specjalnie przygotowaną karmą. Będzie im tu dobrze.
Wkrótce więcej materiałów z naszej fermy, już z Rudolfem i kolegami!
Opublikowano 08/02/2009 o godz. 02:34, autor: Bartek
Dzień czwarty (sobota).
Byliśmy na JokkMokk. Rewelacja. Puszczam na szybko trochę fotek, póki mam dostęp do szybkiego internetu w hotelu. Jutro rano ładujemy zakupione renifery i jedziemy w drogę powrotną.
Zanim dojechaliśmy na targ JokkMokk, odwiedziliśmy naszych Saami. Jako, że im się nigdy i nigdzie nie spieszy, godzinka poleciała od ręki na kawę i pogaduszki o tym i owym. Taki tryb życia ma swój niewątpliwy urok. Przy okazji obejrzeliśmy co lepsze trofea hodowlane oraz zdążyliśmy załapać się na poranne karmienie łoszaków mlekiem.

To był jeden z największych byków w stadzie. Niestety - teraz wisi już tylko na ścianie. Poroże stanowi uzasadniony powód do dumy tego hodowcy.

Ale łapczywiec... jakby mógł, wessałby z mlekiem butelkę wraz z karmiącym

Do JokkMokk mamy 200 kilometrów. Droga zajmuje nam dobre 3 godziny, choć ruchu nie ma wcale. Generalnie muszę dodać, że za oknami jest pięknie.

Targ na JokkMokk pod pewnymi względami nie różni się w ogóle od przeciętnego targowiska w Polsce. Gdyby tylko nie pewne szczegóły... Kup pan renifera

Szokująca akcja na rzecz zwiększania uwagi kierowców i większego poszanowania dla znaków Uwaga - Łosie.

Tradycyjny strój roboczy Saami można nabyć od ręki. Jednak ceny nie zachęcają do kupna. Kurteczka jedynie 200 euro, spodnie - nie pytałem...

Portret z wilkiem

Skóry i wyroby skórzane to typowe zajęcie Saami. Wybór ogromny: skóry z reniferów, łosi, wilków, fok, również z niedźwiedzia.

Degustacja? Czemu nie. Sprzedawca zachęca: szyneczka z renifera, stek z łosia, polędwica z nie wiem czego... Wszystko do kupienia na miejscu - głęboko mrożone bez potrzeby jakiejkolwiek zamrażarki.

Człowiek wyglądający jak Yeti sprzedawał zabawki typu toporki, sidła i pułapki.

Jak nazywa się niedoścignione marzenie Szweda z północy? Saab cabrio z tapicerką z białych reniferów
Renifery na tapicerkę się znajdą, ale kiedy tam jeździć kabrioletem...? Niezły kontrast.

Pan poszedł na zakupy, a Kropek został przywiązany do drzewa...

Firma energetyczna Vattenfall znalazła genialny sposób na promocję. Zorganizowali kilka takich ognisk i garnek gorącego soku. Takie "gadżety" przy ponad 25 stopniowym mrozie miały duże wzięcie i naprawdę na stałe zakodowały mi skojarzenie Vattenfalla z przyjemnym ciepełkiem.

W drodze powrotnej chcieliśmy sfotografować charekterystyczny dla regionu znak "Uwaga - Renifery". Nie doceniliśmy jednak głębokości zaspy.
Opublikowano o godz. 00:11, autor: Bartek
Dzień 3-ci (piątek).
Trzeci dzień naszej podróży. Nareszcie nie w trasie, lecz na miejscu.
Po śniadaniu jest chwila czasu na spacer i obejrzenie miasteczka przy słabym świetle dziennym. Mimo tego, że na ulicach spotyka się już ludzi, wydaje się, iż nadal dominującym nastrojem jest spokój i melancholia. Ludzie, których spotykamy, wydają się nie mieć innych zmartwień, niż to, czy w tym roku śnieg stopnieje już w kwietniu, czy dopiero w maju (ostatnimi laty, co wiąże się z postąpującym ociepleniem klimatu, podobno śniegu nie widać już w kwietniu, co wcześniej nie miało miejsca).
Robimy kilka zdjęć, odwiedzamy lokalny supermarket, niczym do muzeum wstępujemy też na chwilę do System Bolaged, czyli sklepu z alkoholem. Nie żeby coś kupić (zresztą – szwedzkie ceny alkoholu szybko by nas zniechęciły), ale z czystej ciekawości. W Szwecji alkohol można kupić jedynie w tej sieci państwowych sklepów, bardziej podobnych do apteki, niż do naszego monopolu. Sterylna czystość, na każdym kroku ulotki i plakaty uświadamiające na temat szkodliwości spożywania. Słabsze trunki (piwo, wino, itp.) dostępne na półkach do samoobsługi, mocniejsze – 40% i więcej – tylko za kontuarem, taki niebezpieczny towar podaje obywatelowi sam sprzedawca. Współczując Szwedom (takie ograniczenia w tej temperaturze wydają się niehumanitarne, choć z drugiej strony chyba właśnie dlatego takie środki ostrożoności), opuszczamy System Bolaged, mając nadzieję, że w razie gdyby pojawiła się taka potrzeba, nie będzie nam potrzebna recepta.

Rowery w klasycznym rozumieniu nie są tu zbyt popularne. Za to doskonale sprawdzają się takie wynalazki.

Pokusa była duża, aby wystawionym do sprzedaży pod sklepem "rowerem" zrobić małą rundkę. W końcu kto kupuje pojazd bez jazdy próbnej...

Specjalnie dla tych, którzy kolekcjonują zdjęcia radiowozów. Nie sposób nie zauważyć tej choinki.
W południe jesteśmy umówieni na odwiedziny fermy reniferów. Jedziemy prawie 100 kilometrów na północny zachód. Na miejscu spotykamy czekających właścicieli. Oglądamy też zwierzęta, które są akurat na miejscu (hodowla reniferów w tych warunkach nie polega na trzymaniu ich w ogrodzeniu; większość z ponad 1000 należących do stada zwierząt włóczy się po okolicznych lasach, odwiedzając fermę tylko w celu dokarmienia się).
Naszego przewodnika tutejsi Saami znają od lat, ale my jesteśmy u nich po raz pierwszy. Po wstępnych uprzejmościach zapoznawczych wypytują nas, niby z czystej ciekawosci, po co nam renifery, co z nimi będziemy robić, jakie mamy warunki na naszej fermie, ile mamy ziemi, czy hodowaliśmy już zwierzęta i jakie, czym je karmimy, itp. Saami nie lubią sprzedawać zwierząt w niepewne ręce. Zdarzają się nierzadko przypadki odsyłania potencjalnych nabywców z przysłowiowym kwitkiem. Saami nie sprzeda rena komuś, kto jego zdaniem nie utrzyma go w odpowiedniej kondycji i zdrowiu (w takiej sytuacji woli, mając wybór, samemu przerobić go na mięso i skórę). Rozmowa jest bardzo miła. Chyba wypadamy nienajgorzej przed „komisją egzaminacyjną”, albo też decydujące znaczenie ma w praktyce udzielona nam rekomendacja. W każdym razie uzyskujemy zapewnienie, że renifery zostaną nam sprzedane. Prawdopodobnie udało się nam też nie popełnić żadnej gafy, o co jest w przypadku rozmowy z Saami nie trudno. Przecież jako jedno z pierwszych pytań, jakie ciśnie się na usta w przypadku poznania jakiegoś hodowcy, jest pytanie o ilość posiadanych zwierząt. Na szczęście wiedzieliśmy już wcześniej, że zadać dla Saami wprost takie pytanie, to jak zapytać w naszych warunkach nowo poznanego człowieka o stan jego konta bankowego (niemniej, nieoficjalnie jest nam wiadomo, że ta hodowla liczy grubo powyżej 1000 sztuk zwierząt).

Zagadka za 100 punktów: który z nich nie jest Saami?

Wszystkie zwierzęta na zdjęciu to samice (w terminologii fachowej: krowy). Renifer jako wyjątek wśród świata zwierząt jeleniowatych nakłada poroże także w przypadku samic (choć znacznie mniejsze, niż u samców - byków).

Te sztuki należą do najlepszych krów w stadzie. Jak na samice, mają bardzo rozwinięte poroża.
Po wizycie na fermie zostaliśmy zaproszeni z wizytą do domu gospodarzy. Saami to przemili ludzie, nigdy nigdzie się nie spieszący i sprawiający wrażenie najspokojniejszych na świecie. Pora obiadowa. Siadamy w kuchni, gdzie przyjemnie rozchodzi się zapach gulaszu z renifera (cóż powiedzieć… pychota!).
Po obiedzie opowiadamy o Polsce. Padają pytania, począwszy od tego, czy Lech Wałęsa nadal aktywnie działa w polityce i co o nim dziś sądzimy, ile kosztuje w Polsce litr mleka, a ile zarabia budowlaniec, czy mamy już autostrady (ups… złożony temat…), skończywszy na tym, czy w polskich rzekach żyją łososie i w jaki głównie sposób w Polsce produkuje się prąd. Kurtuazja pomieszana z faktycznym zaintresowaniem. Saami, u których gościmy, zjeździli w życiu znaczną część Europy i jak się okazuje, byli też kiedyś na krótkiej wycieczce w Polsce. Następnie roztrząsane są inne tematy: rynkowe ceny mięsa z renifera w różnych krajach Europy, niedawny powrót w te tereny wilka z wszczepionym GPS-em, który wędruje cyklicznie między Szwecją a Rosją; wyższość wilgotnej tabaki do żucia nad paleniem papierosów (nasz Saami jest namiętnym nałogowcem, przerzucił się kilkanaście lat temu z papierosów na tabakę i twierdzi, że to lepsze rozwiązanie, bo efekt ten sam, a płuca zdrowsze).

Siadamy do obiadu. Butelka Wyborowej, marki w Skandynawii dobrze znanej i cenionej, okazuje się upominkiem dobrze trafionym.
Kawa, ciasteczka. Siedzimy tak dobre 3 godziny.
W międzyczasie, od słowa do słowa, okazuje się, że trwa właśnie JokkMokk, doroczny, największy targ i ważny festiwal kultury Saami, mający ogromne tradycje (tegoroczny JokkMokk jest 404 w historii). Jest to jedna z większych zimowych atrakcji turystycznych północnej Szwecji. Na targ ściągaj Saami z wszystkich regionów zamieszkiwanych przez ten lud, od Norwegii po Rosję. Krótka narada i już wiemy, że wyjazd potrwa o dzień dłużej. Do miejscowości JokkMokk, gdzie obywa się i od której zapożyczył nazwę festiwal, mamy ponad 200 kilometrów. To za dużo, aby wizytę tam wcisnąć w program wycieczki, nie przedłużając jej czasu, a przecież nie możemy odpuścić takiej atrakcji. Jutrzejszy dzień poświęcamy więc na JokkMokk, a na załadunek reniferów umawiamy się na pojutrze wczesnym rankiem.
Po obiedzie ruszamy odwiedzić pobliską niewielką fermę łosi. Należy ona do tej samej rodziny Saamów, ale nie ma ona charakteru towarowego, jak renifery, raczej jest to coś w rodzaju hobby. Na terenie 5 hektarów rzadkiego lasu i mokradeł, ogrodzonych 2.5 metrową, najmocniejszą z dostępnych na rynku siatką, żyje rodzina 7 łosi. Dorosłe sztuki były dość nieufne i mogliśmy je obejrzeć jedynie z dystansu. Ale młode łoszaki, dokarmiane przez właścicieli butelką z mlekiem, zachowują się niczym szczenięta. Po prostu chcą się bawić!
Fantastyczne zwierzęta, zrobiły na nas niesamowite wrażenie. Niestety ich hodowla w naszych warunkach byłaby na tą chwilę niemożliwa. Łosie nieodzownie potrzebują dostępu do mokradła, jeziora, bagna – czegokolwiek, w czym można się wytaplać, a tego na naszej fermie nie możemy w żadnym wypadku zagwarantować. Poza tym, jak się dowiedzieliśmy, łoś do hodowli kosztuje około 5 tysięcy euro. Bardzo kosztowne hobby.

2 kumpli

Akurat zaczęło się ściemniać. Dziwne światło, a w zasadzie jego niemalże brak, spowodowało jednak ciekawy efekt "łosia trochę innego".

Nie chce się wierzyć, że te zwierzęta to młodzież, która nie ukończyła jeszcze roku życia. Ten łoś za rok nabierze 2 razy tyle masy co obecnie i stanie się znacznie większy. Przestanie być też taki przymilny...
Na koniec dnia jeszcze jedno miejsce do odwiedzenia. Kilkanaście kilometrów dalej jest miejsce w którym zaczyna się krąg polarny. To już typowo turystyczna, masowa atrakcja. Wychodzimy z samochodu na ogromnym parkingu (o tej porze roku zupełnie opuszczonym, a zapewne pękającym w szwach w okresie letnim), tuż obok tablicy informujacej o miejscu, w którym się znajdujemy. Pamiątkowa fotka i wracamy do hotelu.

Krąg polarny. Jedno z miejsc przygotowanych dla turystów z tej okazji.
Jutro powrócimy na chwilę do naszych łosi, jadąc na JokkMokk.